Morskie rejsy w Chorwacji
Minęliśmy półwysep Stupisce i po godzinie staliśmy już przycumowani do betonowego brzegu Komizy. Miasteczko jest małe i nie panuje tu taki raban jak np. na Hvarze. Organizując rejsy w tej części Chorwacji praktycznie każdy żeglarz odwiedza Komizę w drodze na Bisevo.
Zaglądają tu praktycznie tylko żeglarze ze względu ma zjawiskową błękitną grotę na wysepce Bisevo położonej 30min od Komizy. Oprócz tego miasteczko słynie ze świeżych ryb, które postanowiliśmy skosztować. Niestety jak kelner przyniósł nam rachunek po posiłku okazało się, że za renomę trzeba słono płacić.
Miejska keja nie jest wyposażona w muringi, a jachty z dziobu rzucają kotwicę. W nocy zaczął się wzmagać silny wiatr, co spowodowało, że część kotwic zupełnie puściła. Wraz z kilkoma innymi jachtami zdecydowaliśmy się zakotwiczyć dalej od brzegu w zatoce i tak przeczekać do rana. Przez cała noc wiatr był coraz silniejszy i o poranku nieźle już dmuchało.
Hvar nie należy do miejsc z dużą ilością miejsc do cumowania i zwykle trzeba tam dobić w miarę wcześnie, żeby coś znaleźć. Większość jachtów kotwiczy kilkadziesiąt metrów od brzegu, a na ląd dostaje się na pontonie. My jednak mieliśmy ogromne szczęście i udało nam się zaparkować tak, że rufą staliśmy w kawiarni. W Hwarze życie zaczyna się po 22, więc zacumowaliśmy akurat, aby rozejrzeć się po mieście. Na Hvarze leży wielka baza nurkowa i zastanawiam się czy w przyszłości organizując rejsy nie połączyć żeglarstwa z nurkowaniem.
Przed nami był najkrótszy etap wyprawy, więc wreszcie mogliśmy sobie poleniuchować i porządnie się wyspać. Koło południa skierowaliśmy naszego Sasa na wyspę Vis, a dokładnie do położonego w dużej zatoce na jej wschodnim krańcu, miasta Komiza. Po drodze pogoda ponownie nas rozpieszczała i niektórzy zaczęli narzekać nawet na upał. Dlatego w mniej więcej połowie drogi stanieliśmy przy południowo wschodnim krańcu wyspy na dłuższą kąpiel. Gdybyśmy mieli prognozę pogody na następny dzień to z całą pewnością bardziej docenilibyśmy grzejące słońce. Kiedy wszyscy już dostatecznie się schłodzili, ruszyliśmy wzdłuż południowego brzegu na silniku, gdyż wiatr gdzieś zniknął.
Kolejny etap po raz kolejny do krótkich nie należał i mimo, wczorajszego winka około 8 rano byliśmy już na nogach. Do pokonania mieliśmy 60 mil, więc trzeba się było sprężać. Planując rejsy rejsy po morzu zawsze należy mieć odpowiedni zapas czasu, który zawsze można spożytkować w jakieś ładnej zatoczce. Nigdy natomiast czasu nie da się nadrobić. O 10 wyruszyliśmy|wypłynęliśmy) w dół rzeki i przed 12 byliśmy znowu na morzu. Pogoda należała do raczej spacerowych, co po trudach poprzednich 36 godzin zupełnie nam nie przeszkadzało. Jacht spokojnie płynął w stronę Hvaru a cała załoga smażyła się na deku.
Pomimo całonocnego płynięcia humory wszystkim dopisywały i po minięciu Sibenika można się było rozkoszować spokojną żeglugą rzeką Krka. Na miejscu byliśmy już około godziny 11, więc nawet szybciej niż zakładaliśmy. Po zacumowaniu i zrobieniu małych porządków cała załoga ruszyła darmowym stateczkiem oglądać wodospady. W tym czasie wyczerpany kapitan zapadł w głęboki sen.
Skradin jest malowniczą miejscowością z klimatycznymi restauracjami, gdzie można się np. raczyć wyśmienitym winem własnej roboty, czego oczywiście nie odpuściliśmy. Jest to miejsce tak urokliwe, że planując moje rejsy po morzu zawsze staram się zawinąć do Skradinu.